Kategorie: Wszystkie | obrazki i literki
RSS
środa, 06 grudnia 2006

jaki się raz po raz okazuje studentki są kopalnią różnego rodzaju powiedzeń, zwrotów oraz... hm niekonwencjonalnych zastosowań co trudniejszych wyrazów.

kolejna sytuacja przydarzyła się mojej koleżance z pracy. prowadząc zajęcia zwróciła uwagę dwóm rozmawiającym studentkom mówiąc:

- panie już któryś raz siedzą razme na lekcji i rozmawiają
- nie - odezwała się trzecia, z tyłu - one pierwszy raz ze sobą siedzą. ma pan jakieś deja vu.
:)

00:52, nadzieja_czarnych
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 listopada 2006
dwa języki to już porno

dziś chyba jakaś klątwa zawisła nad moimi studentami

grupa wieczorna. niczego nie podejrzewając zadałem pytanie

- What might happen if you ate too much?

to co usłyszałem przeszło moje najśmielsze oczekiwania

- If I ate too much I might get DICK.

tym razem nawet gryzienie w język nie pomogło. zresztą reszta studentów też nie wytrzymała ;)

tak to jest gdy młodzież uczy się zbyt wielu języków na raz. a przecież wiadomo, że co za dużo to po diable.
21:42, nadzieja_czarnych
Link Komentarze (1) »
masz jakieś alibi do geografii?

Poniedziałek 8 rano... ech zawsze gdy zobacze na planie ten dzień a obok tę godzinę robi mi się smutno... co robić...

Nie miałem nawet pojęcia, że wyjdę z zajęć uchachany po same pachy. Zaczęło się od problemów z najdłuższą rzeką na świecie:

- What's the longest river in the world? - zapytałem studentkę
- The longest river in the world is the Nile. - odpowiedziała

Wtem usłyszałem jak druga studentka zaprotestowała.

- No coś ty! Przecież Mississippi jest najdłuższą rzeką. Podobno mierzyli i tak się okazało niedawno...

Faktycznie jakiś czas temu coś słyszałem na temat Mississippi i Nilu. Niestety nie pamiętałem do końca co, więc nie mogłem ugasić zarzewia sporu. Na ratunek przybyła kolejna studentka, która poważnie, nieco nawet zdziwionym głosem powiedziała:

- No co wy, Mississippi to jest góra...

Wytrzymałem.

Ale nie myślałem, że na drugiej godzinie będzie gorzej...

- Do you have to study a lot to speak a language well?
- No, you don't have to study a lot if you want to learn a language well.

Znowu zaczęły się protesty.

- Przecież trzeba się uczyć dużo.
- Nie trzeba - powiedziała autorka powyższej rewolucyjnej tezy...
- No wiesz - odrzekła interlokutorka - spekulowałabym z Tobą...

Tym razem też wytrzymałem ale musiałem się mocno ugryźć w język... ;)

13:07, nadzieja_czarnych
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 listopada 2006
wolny rynek jest dla cierpliwych

się zachciewa - się ma. kabówka, telefon tańszy niż w tepsie. zadzwoń zadzwoń zadzwoń. dobrze dobrze zadzwonie. ale zadzwoń zadzwoń kiedy zadzwonisz...

zadzwoniłem w końcu.

- pana pesel i numer dowodu.
- eeemm... - nie wiem jakiś zmęczony byłem czy jak bo podałem. bez sensu.
- co to ma być
- kablówka i telefon.
- a może internet?
- niee, mam lepszą ofertę, dziękuję.
- to na kiedy?
- czwartek?
- o której? między 9-11, 11-13 czy 13-15?
- 11-13
- adres?
- takaitaka numer teniten
- do widzenia.
- do widzenia.

nie wziąłem specjalnie lekcji. siedzę, czekam, 11, 11:30, 12, kurwa, 12:45...

zdrada. nie przyszli.
co zrobić. życie.

*********************

w piątek była jakaś impreza, taka, że się pije alkohol i pali papieros.
wróciliśmy z Bebu do domu i poszliśmy spać.

nad ranem (o 12:37 !!!) rozlega się dzwonek do drzwi.

- halo !
- dzińdobrymyodkablówki.
- hę....? aaa....moment.

dres, podkoszulka, lewa skarpetka, kapeć, klapek...
wyszedłem

- ale mieli panowie być w czwartek...
- nie no mamy na zleceniu sobota...

no jak wół stało napisane

"SOBOTA"


- ja specjalnie wolne brałem w pracy... (no ale myślę - przecież to nie ich wina bo z nimi nie gadałem przez telefon)
- to możemy już zobaczyć jak to wygląda skoro jesteśmy.
- no dobra.
- to co to miało być? internet i telefon...
- emm
- nie. kablówka i telefon...
- no ale na zleceniu mamy napisane...

już im chciałem pojechać siostrami i niezłym burdelem ale się powstrzymałem. przecież to nie ich wina.

dalej okazało się, że do mojego domu nie ma podciągniętego kabla, że trzeba zrobić kosztorys tego podciągnięcia, że nie moge panu powiedzieć ile bo nie chce skłamać, że w poniedziałek zadzwoni a w piątek przyjdzie i będzie...

zadzwonił we wtorek.

- podobno zmienił pan zamówienie.
- jaaa?
- no tak. tu monterzy mi napisali.
- nie prosze pana ja zamawiałem kabłowkę i telefon. to państwo cos pomylili.
- no możliwe mamy tyle zamówień, że coś się mogło poplątać. trzeba u pana zrobić kosztorys.
- a ile będzie to podłączenie kosztować?
- to w promocji jest za złotówkę. ale kosztorys musi być dla firmy.
- super to czekam.

srali muszki. no ale ok. nie denerwujemy się. kurwa, nie denerwujemy się.

w piątek przyszedł. zmieścił sie w ostatni kwadrans wyznaczonych widełków. po krótkich oględzinach miejsca mego zamieszkania i okolic okazało się...

- o do pana domu nie podciągnięto kabla.
- no niestety ale poprzedni panowie już to widzieli...
- i nie zrobili kosztorysu? to dziwne. należy przecież zrobić kosztorys tego podciągnięcia...
- a ile to będzie kosztować?
- nie mogę panu powiedzieć ile bo nie chcę skłamać. zrobię kosztorys i zadzwonimy...
- no ale chociaż mniej więcej. bo przez telefon dowiedziałem się że jest promocja za złotówkę.
- a nieee. złotówkę to w innych domach. tu będzie na pewno więcej. zrobimy kosztorys. zadzwonimy.

kurwa. se dzwońcie. telefonem, dzwoneczkiem, w rynnę se dzwońcie.

czekam już tydzień. może zgubili mój numer telefonu?

w końcu wpadłem na genialny pomysł - sam zadzwonię. do polszmatu czy innego anal plusa.
01:38, nadzieja_czarnych
Link Dodaj komentarz »
piątek, 24 lutego 2006
kto się śmieje, kiedy się śmieje i za ile?

Żarty żartami ale trzeba uważać. Szczególnie na lekcji angielskiego, gdy się wprowadza słówko "America".

- America. Repeat please...
- America.
- Good. "America" po polsku oznacza Afrykę.
- Naprawdę? - zapytała się zdziwiona uczennica
- Nie no żartowałem.

Oj głupi to był żart, głupi... ale, ale...
Dowiedziałem się, że po sieci krąży filmik pokazujący fragment amerykańskiej wersji "Familiady", w którym jedna z rodzin ma pytanie o wymienienie państw, które USA podziwiają najbardziej. Mają ostatnią szansę. Ktoś rzuca propozycję:

- Africa.

Ale nie przechodzi ona, gdyż następna osoba ma jeszcze lepszy pomysł:

- Europe.
- Yeees. Europe. - pozostali gracze wybuchnęli niebywałym entuzjazmem. Ach te emocje...

Ktoś może pomyśleć - co za debile z tych Amerykanów. Pragnę zatem przypomnieć, że był już taki jeden pan co mówił o Stanach Zjednoczonych Europy. I obecnie to nawet fundacja jego imienia jest. Tylko czekać jak powstanie druga fundacja im. Uczestników Amerykańskiej Familiady.
15:33, nadzieja_czarnych
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 05 lutego 2006
najdroższa herbata w życiu


Jest zima - zatem można gdzieś pojechać. Najlepiej do Gdańska. Zamarznięte morze, mało ludzi, będą zajebiste foty no i oczywiście mieszkanie za free bo "puste stoi"...
Pojechaliśmy.
Od początku wisiało coś w powietrzu, coś co powinniśmy byli zauważyć i uciekać z pociągu ciesząc się, że wydaliśmy tyle ile kosztował bilet w jedną stronę (TLK 49 zł). Pociąg odjeżdżał o 5.50 więc wstaliśmy o 4. Na 5.00 mieliśmy taryfę, która wyniosła nas 36 zeta.
Wsiedliśmy do wagonu, znaleźliśmy przedział. Wchodzimy - ciemno. Zapalam światło - ciemno. Na szczęście nie przejęliśmy się tym za bardzo. Byliśmy zajęci przejmowaniem się faktem, że w wagonie nie grzeją. Pocieszyła nas blond włosa pani konduktor, która powiedziała nieco zdziwiona:

- Na Grochowie jeszcze działało ogrzewanie... Pewnie niedługo się nagrzeje.

W takiej temperaturze "niedługo" dla mnie kończyło się po upływie 68 sekund ale PKP ma inne standardy i zrobiło się ciepło po, mniej więcej, godzinie podróży. Żeby nie było, powiedzieli że możemy iść do wagonu numer 9, „bo tam grzeje”.

Gdy dojechaliśmy do Gdańska dla odmiany padał śnieg. Przyjechał po nas mój wujek siostrzano-babeczny i zabrał do siebie do domu dając nam wybór:

- Jest puste mieszkanie mojej teściowej, bo ona mieszka u mojego brata teraz, co nie? Albo możecie mieszkać u nas w osobnym pokoju.

Jako, iż chcieliśmy spędzić czas przede wszystkim we dwoje, druga opcja nie wchodziła w grę. Perspektywa mieszkania z 5 osobami (w tym dziewięciomiesięczne dziecko) nie była szczytem naszych marzeń... Póki co dostaliśmy herbatę i ciasto. Zjedliśmy, wypiliśmy pouśmiechaliśmy się również i po ok. 2 godzinach postanowiliśmy iść do mieszkania.

W mieszkaniu okazało się, że jest zimno bardzo, gdyż do ogrzewania służą dwa piece kaflowe, elektryczne. Grzały trochę ale raczej za słabo na takie mrozy a poza tym w wybranych pokojach. Nam był potrzebny jeden i w nim zresztą było umiarkowanie ciepło. Całe szczęście korytarz, kuchnia, łazienka nie były ogrzewane w ogóle. Dodatkowo w wannie leżało 10 zdechłych much (przy czym zajmowały one prawie 1/3 wanny, a wanna ok. 9/10 łazienki). Po długich dysputach, sporach i telefonach wypracowaliśmy wspólne stanowisko – idziemy na obiad a potem wracamy do domu.

Pobyt w restauracji był najbardziej udanym punktem programu. Głównie dzięki genialnym polędwiczkom z kurkami w sosie śmietanowym, ale myślę, że grzaniec miodowy też miał w tym swój udział.

Wróciwszy do domu postanowiliśmy położyć się na godzinę i przespać. W związku z tym dzwoniły do mnie trzy osoby w odstępach około 15 minut każda. Gdy już minęła godzina. Zebraliśmy się i poszliśmy do mojej rodziny oddać klucz. Wytłumaczyliśmy całą sytuację i (ponieważ zaproponowali nam, że nas odwiozą na dworzec) usiedliśmy aby napić się kolejnej, tego dnia, herbaty. Przy okazji dowiedzieliśmy się co by nas czekało gdybyśmy jednak zdecydowali się zostać u mojej rodziny na noc. Otóż w czasie drugiej herby wpadły cztery osoby, dziecko zaczęło płakać, pies szczekał i nawet choinka jakoś tak głośno stała.

To była jednak dobra decyzja.

W drodze powrotnej po raz kolejny zacząłem się zastanawiać nad rozmieszczeniem numerów siedzeń w poszczególnych przedziałach. 21 obok 23 dalej 27 i na końcu 25. Po drugiej stronie było jeszcze gorzej 22, 28, 26, 24. Ostatnio razem ze Słodką wkręciliśmy się w sudoku a poza tym jestem fanem zagadek logicznych, więc usiłowałem znaleźć tutaj jakąś kombinację. Niestety. Jak bardzo to było proste przekonałem się słysząc dialog na korytarzu pomiędzy konduktorem a zagubionym pasażerem:

- Przepraszam czy to wagon 37?
- Niee to jest wagon 48. 37 jest następny.

Wszystko stało się logiczne. Logiczne jak numery w PKP. Po prosu mają inny standard logiki - aczkolwiek w przykładzie z wagonami da się ustalić zasadę...

W każdym razie była w drodze powrotnej chwila grozy gdy okazało się, że "rozjazdy nie chodzą" bo jest zimno i zamarzły. Mieliśmy się nie martwić, gdyż ekipa była podobno już w drodze. I, o dziwo, faktycznie nie czekaliśmy długo. Dotarliśmy o godz. 0.30 czyli z pięciominutowym opóźnieniem, zjedliśmy zapstry pod Pajacem - obowiązkowy punkt programu dla osób odwiedzających centrum stolycy i udaliśmy się na zasłużony odpoczynek.

Następnym razem wybierzemy się gdzieś w lecie - tak chyba będzie łatwiej.
23:39, nadzieja_czarnych
Link Komentarze (7) »
to ja przepraszam

rozmawia dwoje znajomych chemików:

- do nas na pracownię często chłopaki przynoszą spirytus skażony. z tego przecież można odparować eter i pić.
- ale nigdy nie odparujesz całkowicie...
- no nie ale przynajmniej się na słodko nie odbija...
15:12, nadzieja_czarnych
Link Komentarze (2) »
wtorek, 31 stycznia 2006
komary w sutannach
ostatnio Ken zapytał się:

- What is "ksionc" in English?
- Priest
- Aaaaaa. I thought it's something like mosquito...

Gdy sobie pomyślałem później o niektórych księżach to to porównanie wydało mi się jakoś dziwnie trafne... z dwoma małymi zastrzeżeniami -
1. komary wysysają z ludzi krew
2. jeśli komar wyssie trochę krwi to da się przeżyć do następnego miesiąca
11:01, nadzieja_czarnych
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 10 stycznia 2006
wszędzie oczy
ponieważ mam już na liczniku okrągłą liczbę 211 postanowiłem zajrzeć jak mnie w wyszukiwarkach różnych odnaleziono (pochwalę się przy tym że nie tylko gugle wchodzą w grę lecz również AOL). oto co lepsze:

"znajdź przyjaciół orange" - no cóż miałem się nie przyznawać
"Mirinda Batman Blast Berry Fusion" - przyznam, że to było zaskoczenie... chyba że to nie była przypadkowa osoba... zawsze czułem, że ktoś mnie obserwuje... i wszędzie te oczy... zresztą to co za chwilę napiszę tylko mnie pogrąży...
"obrazki o pijanstwie" - zupełnie nie wiem skąd takie skojarzenie
"obrazki o narkotykach" - tak zostałem znaleźiony już dwa razy czyli definitywnie mnie monitorują...

mam nadzieję, że nie znajdą mnie wpisując: "obrazki o seksie analnym z samcem kreta"... nie, na pewno nie znajdą. przecież nigdy na blogu nie użyłem tego sformułowania... zresztą po co miałbym to robić...*

_______
*uważny czytelnik mógłby złośliwie zapytać: "ale co robić?" dlatego uważnemu czytelnikowi mówię "kochaj się w samotności"
00:29, nadzieja_czarnych
Link Komentarze (1) »
sobota, 07 stycznia 2006
siła złego

Oto wybrałem się wczoraj na nocne foto. Wszystko było by pięknie gdyby nie trzy rzeczy. A mianowicie:

1. Było zimno jak cholera - myślę, że nawet mogło być - 10. A, że pojechałem nad Wisełkę to jeszcze był lekki wiaterek więc w ogóle fajnie.

2. Nie miałem statywu, gdyż ten zaginął był w akcji sylwestrowej. Zreszta nie jest on jedyną ofiarą tejże imprezy. Zostawiłem również dwie płyty (James Brown i Masala Sound System) oraz zepsuty zasilacz kumpla. Za to gdy pojechaliśmy na druga imprezę to wychodząc nie wziąłem ze sobą butów... całe szczęście były to buty na zmianę a poza tym nie zginęły.

3. To niestety nie jest już zabawne. Do obiektywu dotał mi się paproch, który psuje kadry - szczególnie przy długim czasie naświetlania. Kląłem wczoraj w żywy kamień bo mi przez to trochę fot nie wyszło... ech...

Dlatego też jutro zamiast się wyspać jak człowiek do 13 jadę na giełdę celem zakupienia statywu oraz oddania aparatu do wyczyszczenia.

12:41, nadzieja_czarnych
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4